czwartek, 3 lipca 2014

Próbny

Gdy się budzę, czuje, że druga strona łóżka już zdążyła wystygnąć. Wyciągam rękę w poszukiwaniu Prim, ale dotykam tylko szorstkiego płótna materaca. Na pewno przyśnił się jej koszmar, wiec poszła do łóżka mamy. Oczywiście, że tak. Dziś dożynki.
Podpieram się na łokciu. W pokoju jest już na tyle jasno, że je widzę. Moja młodsza siostra Prim zwinęła się jak embrion i wtuliła w mamę, przywarły do siebie policzkami. We śnie mama wygląda młodziej, nadal wydaje się zmęczona, ale nie taka sterana. Prim ma twarz świeżą jak poranek i śliczną, jak prymulka, na której cześć dostała imię. Mama też kiedyś była wyjątkowo piękna. Tak przynajmniej słyszałam.
 U kolan Prim siedzi najbrzydszy kot świata, jej strażnik. Ma miażdżony nos i oczy w kolorze gnijącego kabaczka, brak mu połowy ucha. Prim nazwała go Jaskier, bo się upiera, że jego brudnożółte futro ma taki sam kolor jak ten kwiatek. Jaskier mnie nie cierpi, a przynajmniej mi nie ufa. Minęło wiele lat, ale chyba pamięta, że próbowałam zafundować mu śmierć w wiadrze pełnym wody, kiedy Prim przyniosła go do domu — zabiedzonego, zapchlonego kociaka o zarobaczonym i spuchniętym brzuchu. Tylko tego mi brakowało, jeszcze jednej gęby do wykarmienia. Prim jednak tak bardzo błagała, a nawet płakała, że musiał zostać. Właściwie dobrze się stało, mama wyleczyła go z pasożytów i zrobił się z niego zawodowy myśliwy. Poluje na myszy, czasem nawet zdoła dopaść szczura. Bywa, że gdy 2patroszy lupy, rzucam mu podroby. Przestał na mnie prychać.
Są podroby — nie ma prychania. Na cieplejsze relacje oboje nie mamy co liczyć.
Zwieszam nogi z łóżka i wskakuję w myśliwskie buty. Elastyczna skóra dostosowała się do kształtu moich stóp. Wciągam na siebie spodnie, koszulę, upycham długi, ciemny warkocz pod czapkę i chwytam chlebak. Na stole, pod drewnianą miską, która chroni żywność przed wygłodniałymi szczurami i kotami, leży kawał wyśmienitego koziego sera, owinięty w liście bazylii. Prezent od Prim, na dożynki. Ostrożnie wkładam ser do kieszeni i wychodzę z domu.
O tej porze nasz rejon Dwunastego Dystryktu, nazywany Złożyskiem, zwykle zapełniają górnicy, tłumnie zmierzający na poranną szychtę mężczyźni i kobiety o przygarbionych ramionach i obrzękniętych kostkach palców. Wielu z nich od dawna już nie próbuje wyskrobać pyłu węglowego spod połamanych paznokci ani ze zmarszczek na wychudzonych twarzach. Dzisiaj jednak czarne, pokryte żużlem ulice są puste. Dzicy lokatorzy szarych domów pozamykali okiennice. Dożynki rozpoczną się o drugiej. Można dłużej pospać, o ile jest się w stanie.